Czuć się dobrze z samym sobą do tej pory kojarzyło się raczej z wysoką samooceną. Dziś przestaje być czymś oczywistym. Dla wielu osób to pojęcie nieostre, trudne do uchwycenia, a czasem wręcz zupełnie obce. Wynika to z faktu, że przez lata brakowało przestrzeni, by zapytać siebie, jak się naprawdę czujemy. Życie uczyło raczej przetrwania niż dobrostanu. A jednak większość osób, które trafiają do gabinetów terapeutycznych, przychodzi z potrzebą ulgi, a nie zmiany siebie na lepsze.
Szuka chwili, w której można odłożyć wysiłek ciągłego radzenia sobie. Miejsca, w którym pojawia się zgoda na zmęczenie i kruchość. Napięcie, poczucie winy, wstyd, rozczarowanie sobą — te stany narastają powoli, często przez lata. W relacjach, w pracy, w życiu rodzinnym. Tam, gdzie przez długi czas ważniejsze było „jeszcze trochę wytrzymać” niż zatrzymać się przy własnych granicach i potrzebach. Tam, gdzie uczono, że wartość bierze się z wysiłku, a nie z naszej obecności.
W takich momentach pytanie „jak czuć się dobrze z samym sobą?” staje się pytaniem o to, czy można jeszcze wrócić do siebie.
Co naprawdę znaczy „czuć się dobrze z samym sobą”
„Dobrze” bywa mylone ze spokojem, brakiem problemów, stabilnością. Tyle że życie rzadko układa się w taki prosty wzór. Problemy nie znikają, emocje się zmieniają, okoliczności potrafią być trudne mimo najszczerszych chęci.
Czuć się dobrze z samym sobą to zdolność przeżywania także trudnych chwil. Oznacza posiadanie w sobie miejsca, w którym można się przy nich zatrzymać, bez natychmiastowego oceniania siebie. To przestrzeń, w której własna wartość nie wymaga ciągłego udowadniania, a odpoczynek nie musi być zasłużony.
Dla wielu dorosłych to zupełnie nowe doświadczenie. Przez lata funkcjonowaliśmy w trybie zadaniowym, odpowiedzialnym i „ogarniętym”. Uczyliśmy się dawać radę i nie oczekiwać pochwał, żeby nam się przypadkiem nie poprzewracało tu i ówdzie. Słabość to coś, co lepiej było przemilczeć, a emocje kontrolować.
Kiedy nie ma przestrzeni na siebie
Brak przestrzeni na siebie rzadko oznacza tylko brak czasu. Częściej to brak wewnętrznej zgody na zatrzymanie. Na przyznanie przed sobą: „jest mi trudno”. Na uznanie własnych granic. Na traktowanie siebie z taką samą wyrozumiałością, z jaką traktuje się bliskich. Psychologia od lat pokazuje, że ludzie, którzy potrafią być dla siebie życzliwsi, nie są słabsi — są bardziej odporni. Szybciej wracają do równowagi. Rzadziej grzęzną w poczuciu winy i wstydu.
Przez długi czas wielu dorosłych funkcjonuje jednak w trybie ciągłego napięcia. Odpowiedzialność za rodzinę, presja w pracy, oczekiwania otoczenia, a często także własne — wysokie, bezlitosne. W takim układzie „ja” schodzi na dalszy plan. Nie dlatego, że nie jest ważne tylko dlatego, że zawsze jest coś pilniejszego. Ciało i emocje z czasem zaczynają upominać się o uwagę. I choć w takich momentach wielu osobom towarzyszy lęk, że „coś jest ze mną nie tak”, psychologowie widzą w tym raczej naturalny moment zatrzymania. Punkt, w którym organizm i emocje mówią: dalej w ten sam sposób już się nie da. Wbrew pozorom to także moment, w którym może zacząć się coś nowego. Pierwsze, jeszcze niepewne pytania o własne potrzeby. O granice. O to, co naprawdę jest ważne.
Z badań nad dobrostanem wynika jasno, że poczucie równowagi rośnie nie wtedy, gdy wszystko w życiu jest idealnie, ale wtedy, gdy człowiek przestaje być sam przeciwko sobie. Gdy zaczyna budować z sobą bezpieczniejszą relację.
I właśnie w tym miejscu, często po długim czasie funkcjonowania w napięciu, pojawia się cień nadziei.
Skąd bierze się wewnętrzna surowość wobec siebie
Wiele osób nosi w sobie bardzo wymagający głos. Taki, który powstał znacznie wcześniej, niż pojawiła się dorosła świadomość. Ma to swoje źródło w doświadczeniach z dzieciństwa i dorastania — w komunikatach, że trzeba się starać, zasługiwać, spełniać oczekiwania. W środowiskach, w których chwalenie było rzadkością, a krytyka miała motywować, wewnętrzna surowość była sposobem na przetrwanie.
Z czasem ten głos działa już automatycznie. Pilnuje, by nie zwalniać tempa, podważa prawo do odpoczynku i uruchamia poczucie winy, gdy potrzeby domagają się uwagi.
Brak łagodności wobec siebie ma swoją cenę. Wiąże się z większym napięciem, większym lękiem, głębszym poczuciem wstydu. Z kolei osoby, które potrafią patrzeć na siebie z większą wyrozumiałością, częściej zachowują energię do działania i szybciej wracają do równowagi. Żyją z mniejszym poczuciem wewnętrznej walki.
Zmiana tego wewnętrznego tonu zazwyczaj zaczyna się od zrozumienia jego pochodzenia, a nie od natychmiastowego pokochania siebie. Częściej przychodzi wraz z drobnym przesunięciem: zauważeniem, że sposób, w jaki się do siebie mówi, nie jest neutralny i że może stopniowo stać się mniej surowy, a bardziej wspierający.
Emocje, które nie chcą już być spychane
W wielu domach uczono, że złość jest niegrzeczna, smutek niewygodny, a lęk jest oznaką słabości. Uczono, jak nie czuć, zamiast jak czuć bezpiecznie. Z czasem emocje nie znikają — one tylko schodzą głębiej. Czekają.
Badania nad uważnością i dobrostanem pokazują, że to nie same emocje są źródłem cierpienia, lecz sposób, w jaki próbujemy od nich uciekać albo z nimi walczyć.
Zatrzymanie się przy emocjach nie oznacza pogrążania się w nich bez końca. Oznacza raczej danie sobie prawa do tego, by one istniały. By zostały nazwane. By ktoś mógł ich wysłuchać. To często pierwszy krok w stronę większej ulgi, nawet jeśli na początku bywa trudny.
Relacja z samym sobą — często najtrudniejsza ze wszystkich
Wielu osobom łatwiej jest zadbać o innych niż o siebie. Łatwiej wysłuchać, zrozumieć, wybaczyć komuś bliskiemu niż sobie.
Czuć się dobrze z samym sobą to akceptowanie faktu, że nie będziesz zadowolony ze wszystkich podjętych decyzji. Trwanie przy sobie także wtedy, gdy pojawia się wstyd, żal, rozczarowanie. A przede wszystkim, pozwalanie aby ktoś przy Tobie był nawet w tych najtrudniejszych momentach.
Psychologowie, którzy od lat badają dobrostan, mówią wprost: poczucie równowagi rośnie tam, gdzie człowiek przestaje walczyć ze sobą, a zaczyna budować relację opartą na uważności, życzliwości i szacunku. Nie idealną. Prawdziwą.
Dla wielu osób to proces zupełnie nowy. Powolny. Czasem niepewny. Pełen cofnięć i prób od nowa. A jednocześnie głęboko zmieniający sposób, w jaki przeżywa się codzienność.
Gdy własne zasoby nie wystarczają
Terapia to forma troski o siebie. Przestrzeń, w której można mówić bez udawania i nie trzeba udowadniać własnej siły. To czas kiedy możesz uczyć się inaczej być ze sobą i z innymi.
Nie po to, by stać się idealnym. Tylko po to, by odzyskać kontakt z tym, kim się jest naprawdę. Choć wielu osobom na początku trudno w to uwierzyć, z czasem coraz wyraźniej widać, że wewnętrzny spokój nie rodzi się z perfekcji. Rodzi się z relacji. Z uważności. Z życzliwości. Z powolnego wracania do siebie.
Jeśli podczas czytania pojawiła się myśl, że jest Ci to bliskie — to już wystarczający powód, żeby się zatrzymać. Czasem nie potrzeba wielkiej decyzji. Wystarczy pierwszy, mały krok. Rozmowa. Spotkanie. Sprawdzenie, czy to miejsce jest dla Ciebie.
W 8 Senses nie obiecujemy gotowych odpowiedzi, ale tworzymy przestrzeń, w której można je powoli odnajdywać. W zgodzie z tym, jak jest teraz.
Jesteśmy, jeśli uznasz, że to dobry moment, by czuć się dobrze z samym sobą.
Źródła:
1. Neff, K. D. (2003).
Self-compassion: An alternative conceptualization of a healthy attitude toward oneself. Self and Identity, 2(2), 85–101.
2. Neff, K. D., & Germer, C. K. (2013).
A pilot study and randomized controlled trial of the Mindful Self-Compassion program. Journal of Clinical Psychology, 69(1), 28–44.
3. Zessin, U., Dickhäuser, O., & Garbade, S. (2015).
The relationship between self-compassion and well-being: A meta-analysis. Applied Psychology: Health and Well-Being, 7(3), 340–364.